Aktualności, wydarzenia

 

Osa, pierwsze loty

- artykuł Michała Affanasowicza

Od dłuższego czasu prace przy Osie dreptały w miejscu. W pewnym momencie stanęliśmy pod ścianą. Na pracę mieliśmy czas jedynie w weekendy i to też nie w każdy. Prace wykończeniowe we wnętrzu jachtu wymagały narzędzi, których nie mieliśmy. Jesienią 2008 roku postanowiliśmy poszukać w okolicy warsztatu szkutniczego, który ukończy jacht. Znalazł się taki w Rybniku. Ustaliliśmy ze szkutnikiem, że przywieziemy łódkę w lutym. Po wizji lokalnej w moim garażu, pan Grześ ocenił optymistycznie, że w dwa miesiące uwinie się z robotą. Radość nasza nie miała końca. Urlopy na Mazurach w tym roku nie były planowane, ponieważ zakładaliśmy, że od maja do końca października, a może i dłużej, każdy weekend będziemy sobie żeglować i trymować Osę na Zalewie Rybnickim. Wyjdą wtedy wszystkie „choroby wieku dziecięcego” prototypu, usuniemy je i na następny sezon wywieziemy na Mazury opływaną i wytrymowaną łajbę. Zalew Rybnicki powstał w 1972 roku jako system chłodzenia pierwszej części elektrowni Rybnik. Woda jest ciepła i w swej historii Zalew zamarzł chyba tylko raz. Żagle widuje się tu i w grudniu. Sam w 74-tym wywaliłem się na Hornecie w czasie śnieżycy towarzyszącej Regatom Barbórkowym. Zresztą nie ja jeden. Nikt nie miał za bardzo ochoty wyłazić z ciepłej wody na mróz. Plany planami, a życie pisało już nieco inny scenariusz.

Dwudziestego lutego tego roku rozpoczęliśmy operację „Transport”. Rozpisywanie się o tym w detalach wymagało by kilku odcinków. W dużym skrócie to wyglądało tak: Tego dnia były silne opady śniegu. Przyjechał najpierw dźwig. Ten sam, który w 2005-tym obracał nam kadłub. Uznaliśmy to za dobry znak. Szybko okazało się, że wcale nie jest dobry, gdy po pół godzinie zamiast zamówionej lawety, przyjechał ciągnik siodłowy z piętnastometrową naczepą. Czymś takim nie da się na mojej ulicy zawrócić. Rozpoczęliśmy wyciąganie Osy z garażu. Drzwi garażu mają w świetle 2,85m, a kadłub Osy ma szerokość 2,84m. Po 5mm na stronę wystarczyło. „Tir” od wjazdu na ulicę zaczął się ślizgać na śniegu i trzeba było przerwać wyciąganie kadłuba i ciężarówkę podholować dźwigiem.

Z garażu kadłub wyjechał bez kłopotów wyciągany przez dźwig za linę przewleczoną przez rufową szparę mieczową. Pod dziobem było coś w rodzaju deskorolki na kółkach z dawnego helingu. Poszło jak po maśle (fot.1). Po załadunku cały zestaw wyjechał tyłem na główną ulicę, holowany dodatkowo przez dźwig.

Ruszyliśmy w trzydziestosiedmio-kilometrową podróż. Warsztat mieścił się w jednej z podmiejskich dzielnic Rybnika, na tyłach elektrowni. Tu okazało się, że z wąskiej ulicy trzeba wjechać między dwoma drzewami a płotem, pod kątem prostym w jeszcze węższą uliczkę w lewo, a po 30-tu metrach ostro w prawo, na posesję. Ten odcinek jechaliśmy prawie trzy godziny. Tir manewrował bez końca, a ja z Mirkiem, odśnieżając pół okolicy i posypując drogę kilkoma taczkami popiołu z c.o., padaliśmy z wysiłku na pysk. Wieczorem było po wszystkim.

Z różnych powodów dalsza robota zaczęła się w czerwcu. Trzeba było polaminować pokład, wyszpachlować nakładany kilka razy i szlifowany w kółko topkot, a na koniec wypolerować. Bliscy rozpaczy, że w tym sezonie nie popływamy, ograniczyliśmy na razie zakres prac jedynie do wykończenia kadłuba z zewnątrz. Wnętrze Grzegorz wykończy zimą. W końcu lipca dało się ujrzeć jakieś efekty (fot.2). Potem trzeba było jeszcze raz pomalować kadłub, pomalować przeciwślizgi, a w międzyczasie dopasować okucia, kosze itp. Gdy to już było gotowe, to spawaczowi zeszło jeszcze dwa tygodnie. Jacht nabierał już kształtu i to dawało nam nadzieję, że jest bliżej niż dalej (fot. 3 ,4, 5). Wspierani tą nadzieją zrobiliśmy sobie okolicznościową fotkę (fot.6). Ale ciągle coś wychodziło, przesuwając termin wodowania o kolejny tydzień. Ostatnim problemem - i to zauważonym późnym wieczorem przed planowanym wodowaniem - stał się miecz. Zrobiłem go o 8 mm szerszy niż szerokość skrzyni mieczowej! Wstyd przyznać, ale gdybym zadzwonił do szkutnika i poprosił o sprawdzenie tego wymiaru, o tydzień wcześniej Osa byłaby na wodzie. Miecz był sklejkowo-obłogową skorupą o ściance 12 mm, wypełnioną zmieszanym z żywicą ołowianym śrutem. (Kiedyś pisałem, że miecz będzie spawany z blach - wiele rzeczy wygląda inaczej niż wcześniej było rysowane lub planowane). Miecz ważył 90 kg. Wjechał do skrzyni do połowy i koniec. Grzegorz w następnym tygodniu wykonał nowy miecz, klejony z kilku arkuszy sklejki, obciążony ołowiem, nieco wyprofilowany i polaminowany.

Wreszcie nadeszła sobota 12-go września Roku Pańskiego 2009. Z 350 kilogramowym balastem Osa waży około 1300 kg. Dodatkowo trzeba było w nogach koi dziobowej postawić dwa wiadra z ołowianymi ciężarkami do wyważania kół (ok.120 kg) i pięć wiader żwiru. Przyczepa, na której wieźliśmy jacht była robiona pod Sasankę. Cięższa Osa powodowała zadzieranie dyszla przyczepy. Ciągnięta starym „Mercem” Osa ruszyła (fot. 7). Szczęśliwie przejechaliśmy siedem kilometrów do Klubu Żeglarskiego Kotwica, gdzie - po sześciu latach i prawie pięciu miesiącach od położenia stępki - około czternastej zwodowaliśmy nasz jacht (fot. 8, 9, 10, 11). Osa siadła lekko na wodę, a ktoś na brzegu zawołał nawet: „Osa, Ahoj”. Obserwacja linii wodnej wykazała, że zanurzenie Osy jest zgodne z naszymi obliczeniami  w projekcie. Zanurzenie mierzone z wysokości lustra wody w skrzyni mieczowej było równe 35 cm, o dwa więcej, niż zakładałem. Wywaliliśmy żwir, ale ołów pozostał. Dobalastujemy łódź w miejscu, gdzie wypadają głowy śpiących na koi dziobowej. Osa ma sporo schowków i dużych bakist, ale też duże, zamykane holtami powietrzne komory wypornościowe. Według dokładnie zrobionych przeliczeń z balastem rzędu 450 kg (nawet, gdyby zalać ją całkowicie wodą) przy pełnym wyposażeniu i z czterema osobami po 90 kg, będzie miała zapas wyporności (od komór i drewna jako budulca) rzędu 200 kG. Kilka osób ciągnąc za fał z topu siedmiometrowego masztu nie ma szans położyć jej na burcie. Wodowanie wzbudziło też niemałą sensację, która była tym większa, im bardziej do obserwatorów docierało, że maszt stoi prawie na dziobie, a z przodu kadłuba wystają dziwne konstrukcje z rur. Mimo niespotykanego dotychczas na tych wodach rodzaju ożaglowania dla jachtu turystycznego, wiele było miłych komentarzy i uwag zagrzewających nas do dalszego boju. Ktoś nawet znał już Osę z Portu21.

A bój był ciężki. Wprawdzie mieliśmy już raz otaklowaną łódkę „na sucho”, ale nie był jeszcze stawiany grot. Nie zdało egzaminu okucie szpony gafla (fot. 12). Zaciął się na wysokości salingów i trzeba było kolejny raz kłaść maszt. Za to, przy jego wysokości jeden chłop kładzie go i podnosi bez problemu. Klinujący się pełzacz okucia zastąpiliśmy zwykłym dużym pełzaczem z żagla i dodaliśmy kontrafał, na wypadek gdyby ciężko schodził w dół. Zmieniliśmy też zaczep gardafału, dając go jak najbliżej masztu. Wreszcie postawiliśmy żagiel. Stawia się lekko, przy maszcie tym bardziej, że gafel z półwęglowego masztu od deski surfingowej waży 2,5 kg. Gorzej stawia się grota z kokpitu, ponieważ dochodzą opory z dwóch par rolek na pokładzie. Fały - z racji posadowienia masztu - idą po półpokładach, a nie jak w slupie, po dachu kabiny. Można za to z kokpitu sprawnie go zrzucić. Pomaga w tym kontrafał (fot. 13, 14). To ta niebieska linka po lewej burcie. Nowy miecz jest za lekki i nie tonie. Na razie zaparliśmy go listwą w skrzyni w pozycji „dół” i zamocowaliśmy ściskiem stolarskim. W między czasie zdechł i tak słaby wiatr i zaczęło szarzeć. Umówiliśmy się na niedzielę rano.  W niedzielę taklowanie poszło sprawnie i po oddaniu cum, przy wietrze o sile około 0,5°B i asyście zebranych uczestników kursu żeglarskiego zaczęliśmy oddalać się od brzegu (fot. 15, 16). Mimo słabego wiatru łódka bez kłopotów halsowała i szła ostrzej, niż się spodziewałem. Kilka razy „przywiało 1”. Wtedy Osa dość żywo przyspieszała. Szybsze wtedy były tylko dwie Sportiny i nieźle „wypasiony” Star, ale one mają lepszy stosunek powierzchni żagla do ciężaru. W ogóle Star to żyleta. Jak widać na zdjęciach 15 i 16, nie najlepiej układa się grot. Musimy dać nieco większy luz na dolnych listwach, poprawić żmijkę na liku górnym i w ogóle popracować nad trymem. Już na początku odkryliśmy jeszcze jeden problem zgrotem. Otóż nie da się położyć gafla bez wyjęcia dwóch górnych poziomych listew. Trzeba będzie je zastąpić krótszymi, sięgającymi mniej więcej do połowy profilu żagla w tych miejscach. Nie wiemy, jak w tym przypadku zachowa się lik tylny. Musimy jeszcze na pewno poeksperymentować. Przy tej sile wiatru trudno jest cokolwiek powiedzieć o nawietrzności lub zawietrzności i w ogóle obiektywnie ocenić właściwości nautyczne jachtu. Skoro jednak trzy czy cztery razy odbijaliśmy i przybijaliśmy do kei znaczy, że Osa jakoś żegluje.

Przy wspomnianej już „jedynce” i kursie na półwietrze opuściłem na chwilę rufowy miecz. Dało się odczuć lekki spadek siły na rumplu.  Na pewno trzeba będzie zamknąć od spodu skrzynię mieczową, bo jak łódź płynie szybciej, strasznie się w niej „gotuje” woda, co świadczy o dużych oporach. Liczę na to, że jesienią wreszcie trafimy na jakąś „trójkę” i wtedy coś więcej będzie można o Osie powiedzieć. Już mamy listę pewnych poprawek, jakie należy wprowadzić w takielunku. Między innymi zmniejszyć pochylenie masztu.
Na razie możemy rzec tylko tyle, że Osa jest piękna, i już.

fot.1
fot.2
fot.3
fot.4
fot.5
fot.6
fot.7
fot.8
fot.9
fot.10
fot.11
fot.12
fot.13
fot.14
fot.15
fot.16

    >>> powrót...

 

MENU SERWISU: | Strona główna | Aktualności, wydarzenia | Nasza oferta | Galeria zdjęć | Strony www | Żeglarskie ABC |

MENU TEMATYCZNE: | Izba pamięci | Szanty | Wędkarstwo | Sklep żeglarski | Budowa jachtu Osa | Archiwum | Ogłoszenia |

Spółka Żeglarska REF
siedziba firmy: ul. Rudzka 244 A, 44-292 Rybnik, adres do korespondencji: ul. Ks. Śliwki 8, 44-206 Rybnik,
tel.: 0-503 803 687, 0-507 259 416, fax: (032) 7168581, e-mail: jerzy.spisak@ref.rybnik.pl lub lidia.bochenek@ref.rybnik.pl

Copyright  © 2001 - 2011 Spółka Żeglarska REF